Koniec wieloletniej dominacji Call of Duty. Battlefield przejmuje pałeczkę
Pamiętam czasy, gdy czekałem na nowe Call of Duty jak na mesjasza. Pamiętam też czasy, gdy podobnie było z serią Battlefield. Potem nastały długie lata zwątpienia, bo nie czekałem ani na to, ani na to. Testy Battlefield 6 pokazały jednak, że w tym roku szanse na przejęcie korony króla FPS-ów ma właśnie EA, co niewysławialnie mnie cieszy.
Jeśli pomyślicie, że cieszy mnie po prostu fakt potencjalnego powrotu wielkiej marki Electronic Arts do czasów świetności i właśnie dlatego im kibicuję, to… tak, po części macie rację. Tak naprawdę chodzi też o coś znacznie bardziej prozaicznego. Po prostu chciałbym, aby ktoś zagroził w końcu serii Call of Duty. Przez tyle lat miliony graczy dają się co roku nabrać na odcinanie kuponów. Spokojnie, bo niejako ja też, żeby nie było. A może nawet nie tyle „dają się nabrać”, ile „nie widzą innej sensownej alternatywy”. I właśnie ten cios w policzek Activision mógłby w tym roku nastąpić. O ile EA klasycznie dla siebie na ostatnią chwilę czegoś nie skopie. W świecie gigantycznych korporacji w końcu niczego nie można być pewnym.
Call of Duty i długo, długo nic
Otóż seria Call of Duty była mi bliska bardziej na personalnym poziomie praktycznie odkąd zacząłem swoją przygodę z gamingiem. Battlefield niby też, ale tu jednak kluczowa była zabawa z przyjaciółmi. Żadnych innych gier nie wspominam tak dobrze do wspólnego grania jak absolutnie fenomenalnego i perfekcyjnego Bad Company 2 czy później Battlefielda 3. Tylko wiecie, na poziomie kampanii singleplayer – czyli do grania raczej solo – zazwyczaj nadawało się bardziej Call of Duty. Co jak co, ale trzeba przyznać studiom Activision, że wiedzą, jak zrobić ciekawego single’a.
I trochę właśnie z tego powodu raz na jakiś czas mam ochotę powrócić do klasyki absolutnej. Jak właśnie World at War, Modern Warfare (tych starszych) czy Black Ops (też tych starszych). Ta miłość po latach została we mnie niejako uśpiona, głównie przez… samo Activision. Korporacja zaczęła liczyć sobie co roku grube pieniądze za kolejne odsłony bliźniaczo do siebie podobne. Ich jakość spadała na łeb, na szyję. I oczywiście w ostatnich latach zdarzały się odsłony lepsze (Modern Warfare 2), średnie (Black Ops 6) i tragiczne (Modern Warfare 3). Szkoda tylko, że niezależnie od studia, każda miała łatkę „gry od Activision”, czyli kłującego w serce gracza skoku na kasę.
I wszystko to zbrzydło, nie tylko mi. I to ciekawy dysonans. Z jednej strony mamy tabuny graczy psioczących na tony zużywanej kalki czy mikropłatności tłoczące się w zakamarkach każdej opcji menu. Z drugiej miliony graczy, którzy i tak kupują co roku kolejną odsłonę Call of Duty. I tak życie kręci się w kółko. Wychodzi nowy CoD, sprzedaje się świetnie, gracze narzekają, Activision ma to gdzieś, zapowiada kolejną grę, wszyscy narzekają, cykl powtórz, zrestartuj i od nowa. I tak co roku.
Battlefield 6 wygra z Call of Duty: Black Ops 7?
Żadna szanująca się wielka korporacja (a i nawet te mniejsze) nie chciała nawet mierzyć się z fenomenem Call of Duty. Alternatyw istotnie nie ma. Konkurencji też. EA po tragikomicznych perturbacjach z Battlefield 2042 schowało głowę w piasek… do czasu. Gdy wszyscy myślieli, że BF-a spotka to samo, co Medal of Honor, Battlefield 6 rozbudza nadzieje nie tylko na w końcu dobrą odsłonę kultowego cyklu, ale też najbardziej kompetentną strzelankę roku!
Jeśli ktoś grał w betę, to chyba wie, o co mi chodzi. Rzecz jasna, sporo głosów krytyki i tak się pojawiło – to standard. Mimo wszystko beta nowego Battlefielda pokazała, że EA, o dziwo, słucha graczy. Wystarczyło mi tylko odpalić jeden mecz, aby od razu zapomnieć o dystansie do serii i braku zaufania. Nie złożyłem zamówienia przedpremierowego, ale autentycznie to rozważałem. Ba, przez chwilę myślałem nawet, czy nie wrócić do BF2042 po specjalne skiny na premierę „szóstki”. Ale nie, jednak swój czas szanuję za bardzo.
Niemniej wielka seria Electronic Arts ma wreszcie ambicje, aby zagrozić Call of Duty. I to dobra wiadomość tylko i wyłącznie z jednego względu. Jeśli będzie zacięty pojedynek (pod względem ocen i sprzedaży), być może pokaże to Activision, że nie może już więcej czuć się bezpieczne. No ale chyba niestety to EA uczy się od konkurencji, skoro już teraz pojawiają się sugestie o wydawaniu kolejnych gier z serii co roku, tak jak ma to miejsce z Call of Duty… Ale nie ma sensu wybiegać aż tak w przyszłość.
Wielka wojna dwóch FPS-ów
Sedno w tym, że BF i CoD od zawsze ze sobą konkurowały, choć to zupełnie inne FPS-y. Tak, wiem, zestawiam je tu ze sobą, co jest naturalne. Jak wspomniałem, rywalizacja to nieodłączny element współistnienia ze sobą obydwu marek. Jednak o ile BF skupia się na wojnie totalnej dla ogromnej liczby graczy naraz, dużych mapach i pojazdach, o tyle Call of Duty prowadzi raczej bardziej arcade’ową ofensywę, stawiając na piedestał niemal wyłącznie wymiany ognia. To oczywiste, ale wszystkie te gry łączy jedno. Celują w fanów FPS-ów, militariów i (względnie) realistycznych zmagań na wirtualnych polach bitew. CoD zatracił ten pierwiastek, odkąd Zółwie Ninja rozwalają Terminatora za pomocą komiksowego Beavisa. Chwila, co?
Dlatego przede wszystkim powrót Battlefield tak może cieszyć. Nie chodzi tu nawet o fakt, że zapowiada się po prostu na dobrą grę, tak zresztą oczekiwaną przez fanów, ale o obietnice. Te w dobie premiowania zysków, a nie radości z gry, brzmią co najmniej kuriozalnie, ale stwarzają możliwość, aby EA odzyskało twarz. Korporacja obiecała, że żaden syf rodem z Call of Duty na ich polach bitew nie będzie miał miejsca. Ma być realistycznie, żołniersko, miliarnie, bez Niki Minaj biegającej ze strzelbą i rozwalającej Sethy Rogeny.
Co ciekawe, Activision też niby obiecało to samo, ale… to już któryś raz. Każdy gracz i tak zapewne wie, aby nie dawać wiary wszystkiemu, co powiedzą wielkie korporacje. Dlatego, przynajmniej patrząc na opinie w sieci, zarówno nowy Battlefield jak i Call of Duty są również krytykowane. Battlefield za kilka pomysłów, które nie przypadają do gustu fanom marki, a CoD… chyba po prostu za to, że należy do tej serii i każdy doskonale wie, czego się spodziewać.
Call of Duty: Black Ops 7 nie grzeje
Nie grałem jeszcze w Black Ops 7, więc nie mogę się wypowiadać o jakości finalnej gry, ale nie tylko ja jestem zmęczony. Pokazany na Xbox Game Showcase w trakcie letnich gamingowych wydarzeń zwiastun zapowiadał coś… naprawdę ciekawego. Zaczynało się naprawdę nieźle i wyglądało na dość unikatowy projekt. Do czasu, gdy nie dowiedzieliśmy się, że to Call of Duty. Enigmatyczny pomysł na zaprezentowanie gry miał potencjał, ale cała magia uleciała w momencie pojawienia się logo. Komiczne, że w tej franczyzie nawet coś nowego potrafi nie wypalić, bo po prostu… to nadal CoD.
Z Battlefield 6 jest niejako inaczej. Być może to kwestia wielkiego niewypału ostatnio i szczerej chęci zmiany sytuacji przez EA. Firma zaprzęgła przecież do tego kilka studiów, wręcz swoich flagowych! Na pokładzie jest więc klasycznie DICE oraz nowo utworzone Ripple Effect, mamy również Criterion Games, a nawet Motive. Jedni zajmują się multi, drudzy obiecują sensownego single’a, ale wszyscy mają stworzyć dobrą grę. Czy to się uda? Jak dla mnie beta udowodniła wystarczająco.
Beta Battlefield 6 zachęca (w końcu!)
Należę do tej, wydaje mi się, szerokiej grupy graczy, dla których możliwość przetestowania danego produktu samemu jest najlepszym zachęceniem… lub zniechęceniem. W każdym razie uwielbiam dema, triale, wersje beta. EA wie, że tylko w ten sposób mogło udowodnić, iż apokaliptyczny start BF6 nie zrówna się na poziomie mułu z BF2042. I wiecie co? No tak, udało się. Pomijając już rzeczy niemające dla mnie większego znaczenia (jak kłótnia o wyposażenie i klasy postaci – ważne, że w końcu są!), nie było tu nic, co mogłoby powstrzymać mnie przed zakupem. Zachęciło, to jasne, ale żadne czerwone flagi nie pojawiły się z tyłu głowy. Dostałem wojnę totalną, skalę BF-a jakie kocham i pamiętam, z nowoczesną oprawą, fantastycznym systemem zniszczeń i niezrównaną liczbą poprawek quality-of-life w stosunku do poprzednich kapiszonów DICE.
Bo tu po prostu strzela się świetnie. Nie grałem może przez 50 godzin jak niektórzy (w becie?! Jak Wy to robicie?!), ale wystarczająco, aby poczuć klimat Battlefielda 3 zmieszanego z Bad Company 2. A jak wiecie to właśnie te dwie odsłony ubóstwiam najbardziej. Można chwalić przywiązanie do detali, nowe pomysły (jak zaciąganie leżącego towarzysza do ocucenia w bezpieczne miejsce).
Jak w Battlefield 3 na sterydach
Dla mnie właśnie klimat okazał się prawdziwym złotem. Wiecie, z bardzo sensownym wypośrodkowaniem między miliarnym realizmem, a gamingowym Hollywoodem. Może mógłbym przyczepić się do dźwięku (gdzie „taśmy wojny”?), ale tu nawet optymalizacja działa jak ta lala. W becie! Wow.
A to przecież nadal wersja testowa, więc jeszcze trochę może się zmienić. Oczywiście nie obyło się bez bugów, ale filary rozgrywki są solidne. Strzelanie jest przyjemne i satysfakcjonujące, choć niestety nie każda broń takiego samego „kopa”. W końcu przypomniałem sobie, za co tak bardzo kochałem snajperkę w BF3, choć z drugiej strony będę też narzekać, bo jedna z testowanych map to prawdziwy raj dla snajperów. Ale same mapy… Przyznam szczerze, że nie wyrobiłem sobie o nich zdania, bo jeszcze nie zdążyłem ich poznać w pełni, jednak i tak Kair ma potencjał na moje uwielbienie. Zresztą, górzysty Tadżykistan jest piękny, choć jak wspomniałem – mocno premiuje „camperów”.
W tym roku? Tylko Battlefield 6
To wszystko składa się na oczywistą odpowiedź w wielkiej powracającej wojnie fanatyków FPS-ów, która na kilka lat się zawiesiła, aby wrócić jeszcze silniejszą. Gdy więc mamy znów do wyboru Battlefielda albo Call of Duty, z wielką chęcią przyznam, że w tym roku tylko jeden z tych projektów ma szansę na podbicie mojego serca. Aż jeden z nich, a nie żaden, jak wcześniej! I tym razem to Battlefield.
Bo to pierwsza odsłona od bardzo dawna, która faktycznie kusi już na starcie. Wszystko i tak zależy od dalszego rozwoju. Od tego, czy pełna wersja okaże się wystarczająco „pełna”. Czy kolejne aktualizacje będą zbawieniem czy utrapieniem? Czy elementy usługowe nie zniechęcą do siebie wszystkich graczy nadmiernie eksponowanych syndromem FOMO.
Tak czy inaczej, na Battlefield 6 chyba czekam nie tylko ja, bo jednak na forach, Reddicie i pod filmami na YouTubie opinie są w większości naprawdę pozytywne. Wiele osób jest zaskoczonych, że może dostać to, co chciało. Tym czasem przy Call of Duty jest raczej… stabilnie. Czyli krytyka przed premierą i potem już losowo – albo wypali, albo nie, jak to było w tamtym roku, wcześniejszym i 10 lat temu. I choć wolałbym, aby EA jednak powróciła do marki Medal of Honor, nie mówiąc już o Titanfall… to jednak cieszy mnie, że wreszcie pojawia się sensowna alternatywa dla fanów FPS-ów.
Dziękujemy za wsparcie!