Czy Battlefield 6 uratował serię FPS? Sprawdzamy, jaki jest nowy pogromca Call of Duty
Fani serii strzelanek od EA i DICE nie mieli łatwo w ostatnich latach. Od dawna nie mieliśmy nowej odsłony kultowej serii, a na nową-porządną część czekaliśmy jeszcze dłużej. Czy huczne zapowiedzi powrotu wraz z Battlefield 6 nie były zbyt przesadzone, a my faktycznie możemy wrócić na pełnoprawne pole bitwy tak, jak o tym marzyliśmy? Dzisiaj testujemy najnowszą odsłonę serii, która jako jedyna może podjąć się rywalizacji z Call of Duty. Zdradzę wam tajemnicę – w tym roku kasowy FPS od Activision nie wyjdzie z tego starcia bez szwanku.
Spis treści:
- Recenzja Battlefield 6. Na ten moment czekały miliony
- Zacznijmy od dołu – kampania w nowym Battlefield woła o pomstę do nieba
- Optymalizacja Battlefield 6 to nowa jakość
- Internetowa wojna w trybie multi
- System klas po staremu, ale nie do końca
- Mapy ładne, ale dziwnie zaprojektowane
- Grafika wysokich lotów – ale nie najwyższych
- Battlefield vs Call of Duty. Zmiana warty?
- Czy warto zagrać w Battlefield 6?
Recenzja Battlefield 6. Na ten moment czekały miliony
Pamiętam doskonale moment, w którym rozpoczęły się przecieki na temat nowej odsłony serii od EA i DICE. Było trochę przecierania oczu ze zdumienia, sporo niepewności i raczej wiele przejawów braku zaufania. Umówmy się, ostatnie dwie odsłony serii dość wyraźnie nadszarpnęły zaufanie graczy. O ile sam Battlefield V jeszcze mógł się wybronić klimatem i umiejscowieniem w czasach II Wojny Światowej, tak Battlefield 2042 od momentu premier przez dobry rok nie zbliżył się choćby na kilka metrów do piękna serwowanego nam przed laty. Chociaż pechowa odsłona w końcu została doprowadzona do jako takiego ładu, wciąż nie spełniała wygórowanych oczekiwań graczy.

Te miały zostać zrealizowane dopiero z okazji premiery „szóstki”. Oto bowiem zapowiedziany został powrót króla Pola Bitwy. Wielki, uwielbiany Battlefield miał powrócić w chwale i uratować rynek strzelanek pierwszoosobowych przed zalewem komiksowych skórek i agresywnej monetyzacji rodem z koszmarów graczy – i rzeczywistości oferowanej przez Call of Duty. Miało być poważnie, na całego, epicko i ze wszystkim tym, co pamiętaliśmy z kultowej dwójki, czy nieco bardziej współczesnych odsłon oznaczonych numerami 3 oraz 4. Powrót tego, co kochamy, w formie, w jakiej jeszcze serii nie widzieliśmy. Czy to mogło się udać? Wszystko jest możliwe, choć nie zawsze ma miejsce. Sprawdźmy, jak to wyszło w przypadku Battlefield 6.
Zacznijmy od dołu – kampania w nowym Battlefield woła o pomstę do nieba
Spotkałem się z różnymi opiniami na temat kampanii w nowej odsłonie serii. Nie jestem jednak w stanie podzielać zdań, jakoby tryb dla jednego gracza był choćby „niezły” czy „przyzwoity”. Niestety, ten wariant rozgrywki w najnowszej grze od DICE zwyczajnie kuleje i to na wielu frontach. Historia wykorzystuje bodaj wszelkie ograne już do granic możliwości klisze, które mogliśmy doświadczyć w mnóstwie podobnych gier. Oto bowiem złowroga organizacja militarna rzuca rękawicę NATO, a znany nam świat i stojący za nim ład zaczynają chybotać się u podstaw. Na szczycie PAX ARMATY stoi jeden z możliwie najbardziej sztampowych „czarnych” charakterów, a naszą motywacją do działania i walki o wolność jest oczywiście cały świat w ogniu. I to nie tak, że nie lubię heroicznych, sztampowych historii w strzelankach. Ten gatunek potrzebuje czegoś takiego, bo w takich konwencjach odnajduje się najlepiej.

Mimo wszystko, po tak wielu latach bez nowej odsłony z kampanią, od Battlefield 6 wymagałbym przynajmniej czegoś będącego na dobrym poziomie. Jakkolwiek angażującej historii, sympatycznych bohaterów godnych naszego wsparcia i linii przyczynowo-skutkowej, która nie rzuca nas po całym świecie najpewniej tylko po to, aby pokazać jak ładnie mogą wyglądać poszczególne lokacje. Bo faktycznie, Kair, Nowy Jork i nie tylko wyglądają w grze obłędnie. Ostatecznie jednak pozostaje nam czekać do zabawy po sieci, bo tej w przygodzie dla pojedynczego gracza jest po prostu niewiele. Świadczy o tym też czas wymagany do uporania się z historią. Wynik oscylujący w granicach 4 (!) godzin woła o pomstę do nieba. I wyobrazić sobie, że niektórzy gracze naprawdę chcą się skupić wyłącznie na singlu… Cóż, w tym wypadku to raczej bezsensowne. Ale mamy przecież ciekawy multiplayer, co nie?

Optymalizacja Battlefield 6 to nowa jakość
W dobie notorycznych problemów technicznych gier na premierę sytuacja Battlefield 6 jest naprawdę zaskakująca. I to pozytywnie, bo premiera odbyła się pod znakiem jedynie trudności wynikających z przepełnionych serwerów. Tak naprawdę czkawką odbiła się twórcom… popularność gry, która w szczytowym momencie na Steam zanotowała bodaj ponad 700 tysięcy graczy. To na szczęście jedyny poważny problem techniczny, który i tak został już zażegnany. Sama optymalizacja tytułu powinna jednak stanowić wzór dla wielu konkurentów, jak i współczesnych gier jako takich.
Gra zadziała porządnie na naprawdę różnych konfiguracjach sprzętowych. Testy wykazują, że da się bezproblemowo grać w Full HD i 30 klatkach na sekundę np. na GTX 980. To karta graficzna wydana jeszcze w 2014 roku i choć nie zapewni nam powodów do wizualnych uniesień, to… Wow, gra naprawdę zadziała na tak leciwym GPU. Nie muszę chyba wspominać, że tytuł tym bardziej śmigać będzie na wszelkich konfiguracjach z kartami z rodzimy RTX i podobnymi. Jest naprawdę dobrze, a dzięki temu ogromna rzesza graczy może zdecydować się na powrót na współczesne pole bitwy w tym genialnym wydaniu. Twórcom należą się ogromne słowa uznania za tak dobre zoptymalizowanie gry.

Muszę jednak dodać odrobinę dziegciu do tego kotła słodkości. Nadal bowiem w rozgrywce online, jak i kampanii da się zaobserwować dziwne zachowania niektórych obiektów. Problemy z fizyką dotyczą głównie tego, co uległo destrukcji (np. elementy pojazdów opancerzonych), oraz ciał pokonanych wrogów. Jedne i drugie mają bowiem tendencję do nienaturalnego obracania się (nawet w miejscu), przelatywania po mapie, jakby były zrobione ze styropianiu, czy układania się w naprawdę dziwne pozy. To ostatnie to akurat domena wrogów, którzy upadają z filmową gracją, lecz spoczywają dość szpetnie. Kwestia jednego patcha? Pewnie tak i być może po weekendzie będzie już po problemie. Ale póki co, odnotowuję.
Internetowa wojna w trybie multi
Gdy uda nam się uporać z kampanią dla jednego gracza, przychodzi pora na danie główne. A te jest nie tyle wybraną potrawą, co suto zastawionym stołem. Mowa oczywiście o rozgrywkach siecowych, dla których najpewniej wszyscy gracze sięgają po ten tytuł. Jest z grubsza tak, jak mogliśmy się tego spodziewać. Początek nowej ery, czyli szóstego Battlefielda to 8 trybów rozgrywki. Podzielono je na dwie części, gdzie jedna połowa to klasyczne, epickie i duże walki na ogromną skalę (m.in. podbój), a drugi zestaw skupia się na mniejszych starciach, bardziej intensywnych i szybkich, ale nijak mających się do ekspresowego tempa np. Call of Duty. Zabawa w dominacji czy drużynowym deatchmatchu wciąż premiuje rozgrywkę taktyczną, opierającą się na działaniu drużynowym i wykorzystywaniu klas postaci. Z drugiej strony, jest to dość dynamiczne. Odrodzenia są szybsze, a teren walk obejmuje pomniejsze wycinki większych map.

Tu zdecydowanie musimy mieć oczy dookoła głowy w poszukiwaniu flankujących przeciwników, czy być w gotowości do wymian ognia na krótkim dystansie. Najfajniejszą nowością pozostaje zdecydowanie tryb eskalacja. To rozgrywka w dużej ekipie, bo na mapie rywalizują dwie drużyny, z których każda liczy maksymalnie 32 członków. Mapa jest podzielona na 7 stref, a my musimy utrzymywać je do momentu uzyskania punktu. Z czasem stref jest coraz mniej, a walki intensyfikują się, zawężając obszar działań. Do tego wszystkiego mamy na karku coraz więcej wrogich jednostek w relatywnie mniejszym obszarze. Czy na myśl przywodzi wam do coś w rodzaju battle royale? Zgodzę się, jednak w tym wypadku mówimy o pełnoskalowych działaniach w stylu Battlefield.

Nie sposób nie wspomnieć o trybie Portal. To takie specjalne miejsce w nowym Battlefieldzie, które pozwala graczom tworzyć własne rozgrywki, a nawet przywracać do żywych mapy czy wyzwania z poprzednich odsłon. To istny poligon doświadczalny i plac zabaw w jednym. Można nawet tworzyć własne mecze z botami, czy zamknięte serwery działające w ramach określonych zasad. Jeżeli jesteście weteranami serii, to z pewnością znajdziecie tam sporo zabawy na długie godziny.
System klas po staremu, ale nie do końca
Do gry wracają 4 klasy postaci w starym stylu – no, prawie. Mamy do wyboru szturmowa, który z karabinem w ręku będzie żywo atakować pozycje wroga. Inżynier ustrzeli przeciwnika pistoletem maszynowym, a w razie czego wyjmie zza pazuchy wyrzutnię rakiet, lub palnik naprawczy do pojazdów. Medyk skorzysta z ognia zaporowego swojego LKM-u, lub odkupi od kostuchy kolejne dwie sekundy życia towarzysza przy pomocy defibrylatora . Wreszcie snajper z dużej odległości zasieje popłoch na tyłach przeciwnej drużyny. Klasyk? Niby tak, choć nie do końca. Twórcy dają nam bowiem dowolność w wyborze uzbrojenia, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy jako inżynier wybrali karabi szturmowy, czy nawet karabinek wyborowy.

Są jednak pewne ograniczenia sugerujące nam pozostanie przy tych domyślnych zestawach. Po pierwsze, granie „zgodnie ze sztuką” pozwala nam zdobywać kolejne kamienie milowe i rozwijać tak postać, jak i poszczególne uzbrojenie. Poza tym, nasze postaci mają klasowe umiejętności, które współgrają tylko z dedykowaną klasą broni. Na szczęście, całość trybu jest bardzo czytelna. Interfejs klarownie wskazuje na to, co można, a i na to co zdecydowanie warto wybrać. Nie sposób się w nim pogubić, nawet w gąszczu sieciowych rozgrywek. Mimo mnóstwa informacji nie przytłacza, a wszystko, co istotne, jest umiejscowione w odpowiednich miejscach.
W teorii gra pozwala nam na wiele, ale jasno sugeruje, co jest właściwe. Mam tu na myśli podejście do rozgrywki, które w ogromny sposób premiuje zachowania zgodne z posiadaną klasą i wykonywanie wszelkiej maści zadań w czasie trwania potyczek. Medyk najwięcej zyska, poprzez ratowanie poległych, uzupełnianie amunicji i wspieranie drużyny podczas np. przejmowania, czy też utrzymywania punktu. Doskonale wiemy, że meczów w serii Battlefield nie wygrywa się samodzielnie. I w tym wypadku nic się nie zmienia, bo balans nadal polega na tym, aby działań drużynowo.

Mapy ładne, ale dziwnie zaprojektowane
Dość dziwnym elementem gry pozostają mapy. Te zabierają nas w przeróżne miejsca na globie. Wśród odwiedzanych lokacji (podobnie jak we wspomnianej kampanii), nie zabraknie pustynnych aren do walk wszelkim sprzętem jeżdżącym i latającym, podczas gdy miejskie zaułki Nowego Jorku sprawdzą się znakomicie w szybkich starciach i… Cóż, znacznie gorzej w przypadku walk na większą skalę. O ile mapy, tak z pierwszej perspektywy, wyglądają znakomicie, to z ich działaniem podczas rozgrywki jest już nieco gorzej. Dość wyraźnie widać, że nie wszędzie (nawet w odpowiednich, dużych trybach) jest miejsce na np. konkretne działania wozami opancerzonymi czy czołgami. Zauważyłem to zwłaszcza podczas walk we wspomnianym mieście w USA, gdzie jest po prostu ciasno, a wszelkie pojazdy raczej zostawia się w tyle. Gdzie indziej, mimo rozmachu, walka toczy się głównie na krótkim dystansie. Wszystko przez (niekiedy) zaskakująco ciasno porozkładane poszczególne punkty do przejęcia.
Wyobrażam sobie sytuację, w której dopiero po czasie otrzymamy wprost wymarzone pakiety map lepiej doszlifowanych i dostosowanych do sieciowych zmagań. Te aktualne są… niezłe, natomiast brakuje im koherentności znanej choćby z odsłon sprzed lat. Na pewno nie mogę im jednak odmówić klimatu i zróżnicowania. Nie sposób narzekać tylko na jeden klimat aren, bo nawet na przestrzeni kilku obszarów udało się twórcom upakować sporo ciekawego dobra. Największym atutem starć, czy to na małych, czy dużych mapach, pozostaje jednak destrukcja otoczenia. Areny walk jawią się jako niezwykle plastycznie i realnie zmieniające się pod wpłyewm naszych działań. To świetnie funkcjonuje, gdy po wybuchach zostają kratery, a gruzy zawalonej ściany otwierają nową drogę na piętro. Rozgrywka żyje, w czasie rzeczywistym przetasowując talię naszych możliwości i drug do celu.

Grafika wysokich lotów – ale nie najwyższych
Nagłówek z pewnością budzi wątpliwości, ale uspokajam. Nowy Battlefield 6 to gra śliczna, zręcznie wykorzystująca mocniejsze układy graficzne i poakzująca nam paradoksalne piękno pola walki w całej okazałości. Zróżnicowane mapy z mnóstwem budynków i pejzaży radują oko, a walki obserwowane z dowolnej perspektywy robią kolosalne wrażenie. Nie odnajdziecie w tym jednak elemntu „wow”, generacyjnego przeskoku, który niektórzy gracze z pewnością oczekiwali. To takie mocne „bardzo dobrze”, podczas gdy mieliśmy przy najmniej po części na myśli, że seria wróci ze stopniem celującym, jeżeli chodzi o oprawę.
Chociaż wojna brzmi na najwyższym poziomie, to do ekscytacji graficznych wciąż jednak trochę brakuje. Może to wynik dobrej optymalizacji i ucięcia niektórych wypolerowanych wodotrysków jako naturalny kompromis? Być może. Jeżeli jednak elementem układu była tak wyglądająca gra w zamian za świetny poziom techniczny, to była to wymiana jak najbardziej uczciwa.

Battlefield vs Call of Duty. Zmiana warty?
Zestawianie obu serii, choć mocno od siebie różnych, ma sporo podstaw. To jedyne tak duże i kasowe marki w gatunku, na dodatek przez wiele lat rywalizujące rok w rok o miano najlepszego FPS-a na rynku. Choć od jakiegoś czasu polityka wydawnicza EA obrała inny kierunek, w tym roku znowu jesteśmy świadkami pojedynku. Czy na kilka tygodni przed premierą Black Ops 7 można już wyłonić zwycięzcę? Absolutnie nie. Ale można mieć swoje predykcje, w które jestem zaopatrzony również i ja.
Bo mamy sytuację, w której kilka pokoleń fanów mainstreamowych strzelanek (nieco starszych, ujmijmy to), zostało pozostawionych na pastwę losu – czyli idiotycznych skórek i specyfiki Call of Duty. Każdy, komu nie w smak było przejaskrawione strzelanie ekstrawaganckich postawi w Black Ops miał do wyboru albo pogodzenie się z losem, albo wybranie niszowej, bardziej hardcore’owej konkurencji. Gdzie w tym czasie był Battlefield? Cóż, na usta ciśnie się jedynie wulgaryzm. Teraz jednak otworzyła się furtka dla tych graczy, którym brakowało mocnych, epickich starć na niemal pełnoskalowych mapach z mnóstwem różnych zadań, pojazdów i wieloma graczami.

Czy warto zagrać w Battlefield 6?
Wielu graczy w kontekście dużych premier doradza uzbrojenie się w cierpliwość. Poczekanie na pierwsze patche, a nawet wypatrywanie promocji, które pojawiają się po czasie. Czy w kontekście nowego Battlefielda doradzam coś takiego? Niekoniecznie – otóż nie uważam, aby „wstrzymywanie” się miało wiele sensu, o ile faktycznie nie zależy wam na finansowych oszczędnościach. Na całe szczęście gra okazała się być produkcją na wyczekiwanym poziomie już na premierę. Ba, biorąc pod uwagę wiele innych nowych gier, w przypadku dzieła DICE i EA mamy do czynienia z naprawdę doszlifowaną grą, która poza pewnymi elementami (nie rzutującymi na całość), gwarantuje nam jakość.

Najważniejszy element, czyli tryb multiplayer, po prostu bawi. Jest dokładnie takim wcieleniem znanej marki, jakiego oczekiwali najwięksi fani. A i nowicjusze będą mogli się na serwerach bawić świetnie. Dużym plusem jest mocne postawienie na angażowanie społeczności. Weterani ucieszą się na myśl o bardziej zaawansowanych wariantach niektórych rozgrywek, podczas gdy mniej doświadczeni będą mogli skorzystać z zabawy bardziej dostosowanej do swoich potrzeb. To jednak nie jest wymagane. Domyślne tryby rozgrywki przygotowane przez twórców dają radę i możemy całkowicie oprzeć swoje doświadczenie właśnie na nich. Nie odstrasza też optymalizacja, dzięki której w grze odnajdą się nawet posiadacze starszych sprzętów o słabszej konfiguracji.
Promocje nikomu niepotrzebne!
Jeżeli kusił was zakup premierowy, lub nadal zastanawiacie się nad wejściem do świata nowego Battlefielda, mogę to z czystym sumieniem polecić. To wielka gra z małymi bolączkami – małymi, biorąc pod uwagę jej skalę. Tak naprawdę jedynym poważnym minusem pozostaje kampania, jednak w kontekście tej serii nie jest to skreślającym grę minusem. Ot, fani chyba zdążyli przyzwyczaić się do niekoniecznie zgrabnie napisanych historii czy po prostu zbyt krótkich, ledwie kilkugodzinnych przygód. Szybka podróż przez kilka rozdziałów niejako wprowadzi nas w realia konfliktu, który rozwija skrzydła dopiero na sieciowych serwerach. A tam zaczyna się prawdziwa rozgrywka. I to taka z gatunku „na setki, jeśli nie tysiące godzin”. Naprawdę warto!
Dziękujemy za wsparcie!
Battlefield 6
Wielki powrót legendy
Battlefield 6 robi to, czego wszyscy oczekiwali, prawie tak, jak tego chcieli
Plusy:
- Świetna optymalizacja techniczna
- Czytelny interfejs multiplayer i przedstawienie informacji
- Jest epicko - to faktyczny powrót TEJ serii
- Rozgrywka klasami jest różnorodna i angażująca
- Destrukcja otoczenia i żywe pole walki
- Portal - najwięksi fani będą zachwyceni
- Strzelanie i aktywności klas zrealizowano bezbłędnie
- Wysoki poziom audiowizualny
Minusy:
- Kampania to istna tragedia
- Mapom do ideału sporo brakuje