FlatOut, czyli gaz do dechy i w ścianę. Kto z was to pamięta?

FlatOut, czyli gaz do dechy i w ścianę. Kto z was to pamięta?
PG Exclusive Publicystyka Retro

Są gry, które odchodzą w cień, ale pozostawiają po sobie wyraźny ślad w pamięci graczy. Jedną z nich jest FlatOut. To seria wyścigów, w których destrukcja była równie ważna jak sama prędkość. Brutalne kraksy, samochody odpadające na kawałki i charakterystyczne wyrzucanie kierowców przez przednią szybę stały się symbolem lat świetności tej marki. Dziś, choć minęło już sporo czasu, wielu graczy wciąż z rozrzewnieniem wspomina noce spędzone na rozwałce.

Spis treści:

  1. Legendarne gniecenie blachy we FlatOut
  2. Fenomen fizyki i destrukcji
  3. Tryby gry, które przeszły do legendy
  4. FlatOut a konkurencja
  5. Upadek i niesmak po kontynuacjach
  6. Dziedzictwo i duchowa kontynuacja

Legendarne gniecenie blachy we FlatOut

FlatOut pojawił się w czasach, kiedy rynek gier wyścigowych był pełen klasycznych pozycji. Mieliśmy wtedy NFS: Underground, Burnouta czy Colina McRae. Każdy z tych tytułów miał swoją tożsamość. Jedne stawiały na tuningi i klimat ulicznych wyścigów, inne na symulację rajdów, a jeszcze inne na efektowne kolizje. FlatOut wbił się w ten tłum z zupełnie inną filozofią. To była gra, w której samochody miały się rozpaść, kierowca wylecieć przez szybę, a publika dostać widowisko na poziomie demolki samochodowej z prawdziwego festynu.

Za FlatOuta odpowiadało fińskie studio Bugbear Entertainment. Ekipa miała jasną wizję, zrobić grę, w której fizyka i destrukcja nie będą dodatkiem, a fundamentem rozgrywki. I to się udało. System zniszczeń, jak na tamte czasy, był imponujący. Każda kraksa wyglądała inaczej, części aut rozlatywały się na wszystkie strony, a gracze czuli, że naprawdę walczą z żywiołem, a nie tylko odgrywają zapisane animacje. To dawało grze niesamowitą świeżość i szybko zdobyło rzeszę fanów.

Zobacz też: Polska perełka w Xbox Game Pass. Musicie w to zagrać

Wielu pamięta FlatOuta głównie przez tryby zabawy, w których kierowca wylatywał przez szybę jak kukła i leciał w dal, żeby rozbić się o tarczę punktową czy posłużyć jako ludzka kula w kręglach. To był absurd, który jednocześnie idealnie wpisywał się w klimat gry. Z jednej strony czysta destrukcja, z drugiej groteskowy humor, który sprawiał, że FlatOut wyróżniał się na tle konkurencji. Ta mieszanka spowodowała, że seria szybko stała się kultowa, a dziś wspomina się ją z nostalgią.

Fenomen fizyki i destrukcji

FlatOut nie byłby tym, czym był, gdyby nie rewolucyjny jak na swoje czasy silnik fizyczny. W połowie lat 2000 mało kto potrafił zrobić grę, w której samochody reagują na kolizje w sposób tak naturalny. Bugbear dopracował każdy element. Od krzywiącej się blachy po odpadające drzwi czy maski. To nie były tylko ozdobniki. Te zniszczenia miały wpływ na jazdę. Po mocnym dzwonie samochód tracił osiągi, a jego prowadzenie stawało się coraz trudniejsze.

CZYTAJ RÓWNIEŻ  20 najlepszych FPS-ów do 10 zł. Strzelanki dobre, a do tego tanie

Jednak prawdziwą rewolucją były drobiazgi. Kiedy wjeżdżało się w płot, nie znikał on magicznie. Deski rozlatywały się w drobny mak. Gdy rozwalało się barykady z opon, toczyły się one po trasie, przeszkadzając innym graczom. Otoczenie żyło i reagowało na szaleństwo kierowców. To sprawiało, że każda trasa była nieprzewidywalna, bo chaos zostawał na torze i wpływał na dalszą rywalizację.

To właśnie ta fizyka dała FlatOutowi charakter, jakiego nie miały inne gry. Burnout bawił się w efektowne wypadki, ale były one reżyserowane. Need for Speed stawiał na klimat i prędkość. FlatOut był brutalnie szczery, jak uderzysz w drzewo, to samochód się rozleci, a ty możesz wylecieć jak szmaciana lalka. I to przyciągało ludzi, którzy chcieli poczuć coś autentycznego i jednocześnie absurdalnie zabawnego.

Tryby gry, które przeszły do legendy

Oczywiście FlatOut miał klasyczne wyścigi, ale to nie one zdefiniowały serię. Najwięcej wspomnień budzą tryby poboczne, w których fizyka była wykorzystana w najbardziej szalony sposób. Kto grał, ten pamięta moment, gdy trzeba było wystrzelić swojego kierowcę przez przednią szybę i wbić go jak strzałę w tarczę punktową.

Zobacz też: Ta gra z Xbox Game Pass zabrała mi setki godzin. Jest genialna

Były też wariacje takie jak kręgle, rzut oszczepem, skoki w dal czy nawet swego rodzaju dart, gdzie kierowca musiał wpaść w odpowiednie pole. To brzmiało absurdalnie i takie właśnie było. Ale właśnie to sprawiało, że gra żyła. Gracze godzinami katowali te tryby ze znajomymi, śmiejąc się do łez, gdy manekin zderzał się z przeszkodami w najbardziej nieoczekiwany sposób.

Warto też wspomnieć o klasycznych trybach destrukcji, arenach, gdzie liczyło się tylko jedno: rozwalić rywali. To była czysta kwintesencja FlatOuta. Nie chodziło o finezję jazdy czy idealne pokonywanie zakrętów, ale o to, kto dłużej przetrwa w piekle blachy i iskier. I właśnie dlatego seria tak mocno wpisała się w pamięć. Dawała coś, czego inne gry nie odważyły się wprowadzić na taką skalę.

FlatOut a konkurencja

W tamtym czasie konkurencja była ogromna. Mieliśmy Burnouta, który stawiał na widowiskowe kraksy i szaloną prędkość. Był Need for Speed, gdzie królowały pościgi i klimat nielegalnych wyścigów. Do tego Colin McRae i Gran Turismo, które trzymały się bardziej realistycznych klimatów. FlatOut znalazł dla siebie niszę. Nie udawał symulatora i nie próbował być grą dla profesjonalistów. On mówił wprost: tu masz auto, jedź szybko, rozwalaj wszystko, a jak się rozwalisz, to baw się tym. Wbrew pozorom taka szczerość była wówczas odświeżająca. Gracze mieli dość kopiowania NFS-a, a Bugbear zaoferował coś zupełnie innego.

CZYTAJ RÓWNIEŻ  20 najlepszych FPS-ów do 10 zł. Strzelanki dobre, a do tego tanie

Co ciekawe, choć FlatOut zyskał fanów, nigdy nie stał się tak wielką marką jak wspomniane wyżej serie. Był raczej grą kultową niż masowym hitem. Może dlatego dziś budzi tyle sentymentu. Nie był wszędzie obecny, ale tam, gdzie trafił, zapadał w pamięć na długo.

Upadek i niesmak po kontynuacjach

Nie da się jednak mówić o FlatOut bez wspomnienia o tym, co poszło nie tak. Pierwsze dwie części były świetnie przyjęte, a druga wręcz uznawana za złoty standard serii. Problem pojawił się później. Kolejne odsłony robiły już inne studia, które kompletnie nie rozumiały ducha FlatOuta. Zabrakło dopracowanej fizyki, zabrakło klimatu demolki, a w zamian dostaliśmy przeciętne, generyczne wyścigi.

Zobacz też: Zagadka z Władcy Pierścieni rozwiązana! Fani nie mieli racji

FlatOut 3, wydany w 2011 roku, został wręcz zjechany przez graczy i krytyków. Wielu nazywa go jednym z najgorszych sequeli w historii gier. To, co kiedyś było sercem serii, zniknęło, a na jego miejsce weszła bylejakość. Ta część praktycznie pogrzebała markę. I to właśnie kontrast między świetnymi pierwszymi odsłonami a tragiczną kontynuacją sprawił, że FlatOut urósł do rangi legendy. Ludzie pamiętają go jako coś wyjątkowego, bo późniejsze próby zniszczyły magię, zamiast ją podtrzymać.

Dziedzictwo i duchowa kontynuacja

Na szczęście historia nie skończyła się tylko rozczarowaniem. Bugbear, czyli oryginalni twórcy, po latach wrócili do tego, co umieli najlepiej. W 2018 roku wypuścili Wreckfest, grę, którą wielu traktuje jako duchowego następcę FlatOuta. Znów dostaliśmy genialną fizykę zniszczeń, nieprzewidywalne kraksy i ten sam duch demolki.

Choć Wreckfest nie nosił nazwy FlatOut, to właśnie tam gracze odnaleźli wszystko, co kochali w serii. Arena destrukcji, chaos na torze i samochody rozsypujące się na części – to było dokładnie to, czego brakowało przez lata. Dziedzictwo FlatOuta widać więc wyraźnie. Był prekursorem, który pokazał, że wyścigi nie muszą być tylko kwestią prędkości i techniki, ale mogą być festiwalem demolki i absurdu. Dziś seria żyje w pamięci graczy, a jej duch powrócił dzięki Wreckfestowi. I choć trudno liczyć na oficjalny powrót marki, to dla wielu FlatOut na zawsze pozostanie symbolem tamtej epoki.

Źródło: Opracowanie własne

Drogi Czytelniku! Niektóre odnośniki zawarte w artykułach mają charakter afiliacyjny. Kliknięcie w taki link lub dokonanie za jego pośrednictwem zakupu, nie wiąże się dla Czytelników z żadnymi dodatkowymi kosztami. Pozwala nam natomiast otrzymać prowizję, dzięki której możliwe jest utrzymanie i rozwój pracy Redakcji.

Dziękujemy za wsparcie!
Dawid Szafraniak
O autorze

Dawid Szafraniak

Redaktor
Pierwsze growe szlify zbierał jeszcze w erze PS1, aby później zapoznawać się z kolejnymi wcieleniami japońskiej konsoli, skosztować Xboksa i Switcha. Ostatecznie najbardziej lubi PC, a ostatnio nawet i granie w chmurze. Królują u niego FPS-y, gry akcji nieczęsto górujące nad filmami i tytuły wyścigowe, które podobno #nikogo. Święta Trójca gamingu? Pierwsze Modern Warfare, seria Mass Effect i Uncharted. Bez tego nic nie miałoby sensu. Poza grami lubi planować kolejne podróże i chwytać za aparat fotograficzny podczas meczów piłki nożnej.

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie