Najlepsze gry retro na Halloween. 10 wspaniałości dla fanów klasyki
Dynia w oknie, dreszcze na karku i nostalgiczny zapach wypalonych pikseli – Halloween to idealny czas, by wrócić do starych gier, które straszyły nas, zanim to było modne. Zobacz 10 retro klasyków, które przypomną Ci, czym jest prawdziwy, cyfrowy koszmar.
Halloween zbliża się wielkimi krokami! Gracze mają swój własny sposób na celebrację tego strasznego święta. Oczywiście przy pomocy gier wideo. I to nie byle jakich gier, ale klasyków sprzed lat, które kiedyś przyprawiały nas o gęsią skórkę, a dziś budzą ciepłą nostalgię. Pikselowe potwory, kanciaste modele 3D (lub nawet nie), muzyka midi i mechaniki z innej epoki? Czemu nie! Strach ma wielkie pikselowe oczy, a klimat tych wiekowych tytułów jest ponadczasowy. Oto dziesięć retro klasyków idealnych na halloweenowy wieczór. Są tu tytuły umorystycznie, z przymrużeniem oka, ale i z odrobiną dreszczyku. Czas odkurzyć stare konsole i pecety, bo przed nami sentymentalna podróż do czasów, gdy bać się można było na 8 czy 16-bitach.
Super Castlevania IV (1991, SNES)
Zaczynamy od prawdziwej wampirzej klasyki. Super Castlevania IV to 16-bitowe dzieło, które udowodniło, że klimat gotyckiego horroru może rozkwitnąć nawet na Super Nintendo. Jako dzielny Simon Belmont wyruszamy do ponurego zamczyska hrabiego Draculi, uzbrojeni w legendarny bicz – Vampire Killer. Czy może być bardziej halloweenowa sceneria niż nawiedzony zamek pełen skeletronów, nietoperzy, zombie i innych potworów rodem z filmów grozy? Gra olśniewała jak na swoje czasy oprawą (ach, te parallaxowe tełka i złowroga muzyka organowa!) i do dziś ma niepowtarzalny urok. Sterowanie biczem w osiem kierunków dawało poczucie władzy nad siłami ciemności. Dodatkowo starcia z bossami pokroju Meduzy czy Frankensteina emocjonowały bardziej niż niejeden współczesny horror. Dziś Super Castlevania IV może już nie straszy tak jak w 1991 roku, ale wciąż potrafi oczarować swoim mrocznym, baśniowym klimatem.
Doom (1993, PC)
Kto powiedział, że Halloween to tylko duchy i nawiedzone domy? Czasem najlepiej świętuje się, rozsmarowując piekielne demony na ścianach marsjańskiej bazy. Doom z 1993 roku to absolutna legenda, która zdefiniowała FPS-y i dała nam adrenalinę wymieszaną z posoką demonów prosto z piekła. Wcielamy się w twardego jak skała marines, który zamiast cukierków rozdaje potworom z shotguna solidne lanie. Klimat gry jest ciężki, a korytarze bazy w UAC skąpane w czerwonym świetle alarmowym potrafią nawet dziś ujmować atmosferą.
Owszem, Doom stawia bardziej na akcję niż na subtelne budowanie grozy, ale czyż nie o to chodzi w halloweenową noc? Trochę krwi, trochę strachu i dużo frajdy. Dziś grafika może wydawać się kartonowa, a demony pikselowe. Gdy jednak zgasną światła, a w słuchawkach usłyszycie chrapliwy pomruk zbliżającego się Impa, dreszcz przebiegnie po plecach jak za dawnych lat. Doom to idealny wybór dla tych, którzy chcą Halloween spędzić dynamicznie, z przymrużeniem oka i szybką akcją zamiast powolnego straszenia.
Sweet Home (1989, NES)
Czas na prawdziwy retro horror dla koneserów – Sweet Home na NES. Ten tytuł to może dziadek dzisiejszych survival horrorów, ale wciąż potrafi zaskoczyć klimatem. W końcu nie bez powodu mówi się, że to właśnie Sweet Home zainspirowało powstanie Resident Evil. Gra powstała na podstawie japońskiego filmu grozy o tym samym tytule i wrzuca nas do nawiedzonej rezydencji pełnej duchów, pułapek i mrocznych sekretów. Kierujemy grupką śmiałków, którzy mieli tylko zbadać opuszczoną posiadłość, a skończyli walcząc o życie z wrednymi zjawami.
Brzmi znajomo? Tak, zanim mieliśmy Jill i Chrisa w rezydencji zombiaków, byli Kazuo i Akiko w 8-bitowym koszmarze. Sweet Home straszyło ograniczonym ekwipunkiem, koniecznością rozdzielania drużyny i świadomością, że śmierć postaci jest permanentna – jak zginiesz, to już na zawsze (co w erze NES-a było naprawdę surowe!). Mimo że grafika to urocze piksele, a muzyczka brzęczy z głośnika mono, atmosfera potrafi wciągnąć. To trochę jak opowieść przy świecach snuta przy pomocy 8-bitowej konsoli. Jeśli macie ochotę zobaczyć, gdzie narodził się konsolowy horror, Sweet Home będzie idealnym, nostalgiczno-strasznym wyborem na Halloween.
Clock Tower (1995, SNES / 1997, PlayStation)
Teraz coś dla fanów klasycznych dreszczowców w stylu Hitchcocka i slasherów z lat 80. Clock Tower to unikat, który pokazał nam, że gra może przerażać nie gorzej niż film, nawet bez nowoczesnej grafiki. W pierwszej części z 1995 roku (wydanej na Super Famicom w Japonii) wcielamy się w młodą Jennifer uwięzioną w ponurym domu sierot. Szybko okazuje się, że po korytarzach grasuje psychopatyczny morderca zwany Scissorman – mały chłopiec o upiornym uśmiechu, uzbrojony w ogromne nożyce.
Brzmi komicznie? Tylko do momentu, gdy po raz pierwszy usłyszycie szczęk tych nożyc gdzieś w oddali, a wasza bezbronna postać zaczyna panicznie uciekać. Clock Tower to survival horror point-and-click – nie mamy tu broni, tylko spryt i własne nogi. Gra zmusza do chowania się w szafach, pod łóżkami czy za zasłonami, by uniknąć makabrycznego losu. Wersja na PlayStation (1997) rozszerzyła ten pomysł na szerszą publiczność, wprowadzając nową historię, ale sedno pozostało to samo: uciekaj albo giń. Halloween to świetny czas, by odpalić ten tytuł (dziś dostępny choćby przez emulację) i poczuć ten prymitywny lęk bycia ściganym.
Resident Evil (1996, PlayStation)
Klasyka klasyki! Resident Evil z 1996 roku to tytuł, bez którego trudno wyobrazić sobie nie tylko Halloween, ale i cały gatunek horroru w grach. Pierwsza odsłona serii Capcomu zabrała nas do ponurej rezydencji w górach Arklay. Tam właśnie grupka komandosów STARS odkrywa, że miejsce roi się od zombie, mutantów i tajemniczych eksperymentów korporacji Umbrella.
Resident Evil straszył nas na wiele sposobów. Nagłe wyskakujące przez okno psy (kto zagrał, ten pamięta ten skok na kanapie ze strachu), ograniczone zasoby amunicji sprawiające, że każdy strzał był na wagę złota, oraz złowieszcza cisza przerywana tylko odgłosem własnych kroków po skrzypiącej podłodze. Były też klimatyczne zagadki i oczywiście niezapomniane momenty, jak pierwsze spotkanie z zombie po otwarciu drzwi. Ta powolna odwracająca się głowa truposza śniła się po nocach niejednemu graczowi. Oczywiście z perspektywy czasu trudno nie uśmiechnąć się słysząc toporne dialogi i kultowe kwestie w stylu „Jill, you were almost a Jill sandwich!”, ale to cały urok retro horroru; trochę śmieszno, trochę straszno. Resident Evil to idealna gra na Halloween. Jest jak dobry film klasy B: dostarcza masę frajdy, trochę krwi, sporo napięcia i szczyptę kiczu.
Silent Hill 2 (2001, PlayStation 2/PC)
Halloween to nie tylko krzyk i wyskakujące potwory, ale też lęk, który wpełza pod skórę i zostaje na długo. Silent Hill 2 jest mistrzem takiego właśnie nastroju. Ta wydana w 2001 roku perełka od Konami zabiera nas do tytułowego miasteczka Silent Hill – miejsca spowitego gęstą mgłą, gdzie radio trzeszczy złowieszczo, a granica między rzeczywistością a koszmarem zaciera się z każdym krokiem. Gramy jako James Sunderland, który przyjeżdża tu, by odnaleźć swoją zmarłą (a może jednak nie?) żonę Mary. Zamiast radosnego spotkania, czeka go podróż w głąb własnych win i demonów, które przybrały bardzo realne, przerażające formy.
Silent Hill 2 straszy w sposób psychologiczny. Oznacza to, że każde monstrum symbolizuje coś więcej, a najbardziej przerażające może być to, co niewidoczne w mgłe. Kto pamięta pierwsze zejście do ciemnej piwnicy przy akompaniamencie syreny alarmowej, ten wie, o jaki poziom niepokoju chodzi. A Pyramid Head, milczący egzekutor z wielką piramidą zamiast głowy, stał się ikoną horroru – pojawia się rzadko, ale każda konfrontacja z nim to czysty koszmar. Mimo upływu lat, oryginalne Silent Hill 2 nadal zachwyca muzyką Akiry Yamaoki, która potrafi być jednocześnie piękna i niepokojąca, oraz fabułą, która zostawia gracza z głową pełną przemyśleń (i lekkim dołem egzystencjalnym, czemu nie). Na Halloween nada się idealnie, jeśli macie ochotę na grozę z głębszym przesłaniem.
Luigi’s Mansion (2001, GameCube)
Po tych wszystkich mrocznych i krwawych opowieściach pora na coś lżejszego, choć nadal w duchu Halloween. Luigi’s Mansion to dowód na to, że Nintendo potrafi bawić się konwencją horroru na wesoło. Młodszy brat Mario, wiecznie wystraszony Luigi, wygrywa w tajemniczej loterii rezydencję – oczywiście okazuje się ona być pełna duchów i zjaw. Uzbrojony jedynie w przerobiony odkurzacz (zwany Poltergust 3000) i kieszonkową latarkę, nasz zielony bohater rusza na ratunek uwięzionemu w obrazie Mario oraz by przepędzić zjawiska paranormalne z posiadłości. Brzmi strasznie? Troszkę. Brzmi zabawnie? Jak najbardziej!
Luigi’s Mansion ma klimat upiornej kreskówki – jest tu i nawiedzony dwór rodem z klasycznych filmów, i duchy chowające się pod meblami, ale wszystko podane jest w lekkostrawnej, familijnej formie. Luigi sam trzęsie się ze strachu (jego ciche podgwizdywanie i wołanie „Mario?” po ciemnych pokojach stało się kultowe), ale gracze raczej uśmiechają się pod nosem niż krzyczą. To świetny tytuł na Halloween dla tych, którzy wolą cukierek zamiast psikusów. Nie podnosi się tu tętno ze strachu, za to frajdy jest co niemiara. Do tego dochodzi urocza oprawa graficzna jak na czasy GameCube’a. Efekty światła i cienia robiły wrażenie w 2001 roku i nadal wyglądają przyjemnie dla oka. Jeśli więc macie ochotę na odrobinę straszenia, ale takiego z puszczeniem oka, Luigi’s Mansion będzie jak znalazł. W końcu kto powiedział, że Halloween musi być tylko przerażające? Czasem wystarczy przecież dobra, upiornie śmieszna zabawa.
MediEvil (1998, PlayStation)
Czy Halloween może obyć się bez tańczących kościotrupów i starych cmentarzy? MediEvil udowadnia, że nie. Ta kultowa gra z pierwszego PlayStation zabiera nas do królestwa Gallowmere, gdzie zły czarnoksiężnik Zarok podnosi umarłych z grobów, by siać chaos. Na szczęście do „życia” powraca też Sir Daniel Fortesque – nasz „bohater”, który w oryginalnej opowieści zginął od pierwszej zabłąkanej strzały, a mimo to został zapamiętany jako legendarny wojownik. Teraz ma szansę udowodnić swoją wartość, choć nie ma ani mięśni, ani nawet dolnej szczęki… bo jest szkieletem.
MediEvil to arcyklimatyczna mieszanka posępnego klimatu i humoru. Biegamy po cmentarzach, nawiedzonych wioskach i dyniowych polach, walczymy z zombiakami, demonami, a nawet przerośniętymi roślinami, a wszystko to w stylistyce przypominającej filmy Tima Burtona zmiksowane z Monty Pythonem. Groza jest tu na wesoło – Sir Dan potyka się o własne kości, przeciwnicy częściej bawią designem niż straszą na serio, a gadające głowy chętnie rzucają sucharami. Jednak mimo lekko parodystycznego tonu, MediEvil potrafi zbudować fantastyczny, gotycki nastrój. Muzyka łączy elementy komiczne z mrocznymi chórami, lokacje kipią od halloweenowych motywów (ożywione gargulce, duchy, katakumby!), a walka, choć prosta, daje satysfakcję z każdym kolejnym rozwalonym zombie.
Grim Fandango (1998, PC)
W halloweenowym zestawieniu nie może zabraknąć akcentu rodem z Día de Muertos – meksykańskiego Dnia Zmarłych. Grim Fandango to co prawda gra przygodowa, a nie horror. Mimo to jej tematyka i stylistyka pasują do klimatu końca października jak ulał. Wcielamy się w Manny’ego Calaverę, agenta biura podróży dla dusz zmarłych. Tak, dobrze czytacie! W zaświatach każdy nowy „klient” musi odbyć czteroletnią podróż przez krainę umarłych, a Manny organizuje im wycieczki. Lub jeśli trzeba – bilety na ekspres do raju. Problem w tym, że w tym pozagrobowym biznesie wychodzi na jaw gruby przekręt, a nasz kościsty bohater wplątuje się w intrygę kryminalną godną filmu noir.
Grim Fandango urzeka niezwykłym połączeniem: z jednej strony mamy estetykę calaca – postaci wyglądają jak meksykańskie figurki z czaszkami zamiast twarzy, barwne dekoracje, fiesta umarłych; z drugiej strony fabuła i dialogi czerpią garściami z kina noir lat 40. (wyobraźcie sobie Casablanca skrzyżowana z Halloween). Choć gra nie straszy w tradycyjny sposób, to idealnie wpisuje się w halloweenowy nastrój dzięki wszechobecnej tematyce śmierci podanej w humorystyczny, ironiczny sposób. Rozwiązywanie zagadek logicznych w świecie, gdzie na każdym kroku spotykamy sympatyczne szkielety i demony o złotym sercu (pozdrawiamy kierowcę Glottisa!), to czysta przyjemność. Grim Fandango jest też niesamowicie nostalgiczne. Wydane w 1998 roku, było jedną z ostatnich wielkich gier przygodowych od LucasArts. Ma w sobie ten posmak końca pewnej ery. Jeżeli macie ochotę na Halloween przy świeczce, ale zamiast horroru wolicie czarną komedię w klimacie groteski, przygoda Manny’ego będzie strzałem w dziesiątkę. W końcu kto powiedział, że zmarli nie potrafią się bawić?
Eternal Darkness: Sanity’s Requiem (2002, GameCube)
Na koniec prawdziwa perełka i coś dla tych, którzy lubią, gdy gra bawi się ich strachem. Eternal Darkness: Sanity’s Requiem na Nintendo GameCube to tytuł owiany legendą – nie sprzedał się rewelacyjnie, ale każdy, kto go przeszedł, opowiada historie o unikalnych doznaniach grozy, jakich próżno szukać gdzie indziej. Fabuła rozciąga się na ponad 2000 lat, splata losy kilkunastu postaci walczących z prastarym złem (inspirowanym mitologią Lovecrafta) i łączy je klątwa pewnej nawiedzonej księgi. Brzmi epicko? I takie jest – trochę jak połączenie Draculi, Cthulhu i Resident Evil. Jednak Eternal Darkness zasłynęło przede wszystkim licznikiem poczytalności. Każde spotkanie z potworem czy makabryczną sceną obniża sanity bohatera, a wtedy gra zaczyna… no cóż, świrować.
Na ekranie zaczynają dziać się rzeczy rodem z koszmaru i zepsutego sprzętu jednocześnie: raz kamera przekrzywi się pod dziwnym kątem, kiedy indziej usłyszycie płacz niemowlęcia dochodzący nie wiadomo skąd, by po chwili zobaczyć, jak… waszej postaci odpada głowa! Albo jeszcze lepiej – gra nagle wyświetli komunikat, że kasuje wasze save’y, po czym ekran „blue screen” czy wyciszenie telewizora sprawi, że serce podskoczy Wam do gardła. Oczywiście to tylko sztuczki – elementy rozgrywki mające złamać czwartą ścianę i prawdziwie Was nastraszyć. W 2002 roku ten meta-horrorowy zabieg był czymś absolutnie nowatorskim, a i dziś, grając w Eternal Darkness po raz pierwszy, można dać się nabrać. Klimat jest ciężki, historia poważna i mroczna, ale satysfakcja z ukończenia – ogromna. Jeśli macie pod ręką GameCube’a (lub Wii) i chcecie przeżyć Halloween z dreszczami paranoi, to Eternal Darkness: Sanity’s Requiem będzie doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju.
Dziękujemy za wsparcie!