Kto nie grał w serię STALKER, ten nie wie co to klimat

STALKER: Legends of the Zone Trilogy ocenione na PS5 | Newsy - PlanetaGracza
Felieton PG Exclusive

Seria STALKER to kawał mojego gamingowego życia. Do każdej odsłony podchodziłem dziesiątki razy, a dziś próżno szukać podobnych gier. Jeżeli poprzednie części faktycznie trafią na konsole – wstydem będzie nieogranie ich, nawet jeżeli absolutnie nic się nie zmienią.

Ale jak to?! Tak grać bez remake’u czy remastera? Ano tak – STALKER to wybitny kawał historii gamingu. Niestety, do tej pory dostępny wyłącznie dla graczy na PC i w sumie nie ma się co dziwić. Gry są żywe po dziś dzień i to nie tylko ze względu na ich znaczenie i status „kultowych”. Przede wszystkim do tej pory mają ciągłe wsparcie sceny moderskiej. Być może brzmi to dziwnie, ale nie jestem w stanie wyrazić słowami tego, jak bardzo polecam ich ogranie. Nawet w niezmienionym od lat stanie „surowym”.

STALKER nie potrzebuje remastera, a odpowiedniego podejścia

„To żeś dowalił” – można pomyśleć, czytając powyższy śródtytuł. Faktycznie, „odpowiednie podejście” da się w zasadzie odnieść do każdej wiekowej gry wideo, która dziś nie radzi sobie tak dobrze, jak kiedyś. Ten głupiutki argument osobiście tępiłbym jak zły, ale w przypadku STALKER-a po prostu nie mogę uważać inaczej. To gry, które sporą część swojego jestestwa zawdzięczają temu, jak wyglądają i jak się w nie gra. Zapewne fani Gothica się ze mną zgodzą, a reszta pokiwa tylko głową w rytm dezaprobaty mojego „profesjonalizmu”. I ja to doskonale rozumiem, ale nic nie poradzę! Być może to kwestia mojego fanbojstwa, a być może po prostu wyidealizowanie całej tej serii.

STALKER: Cień Czarnobyla ma rzekomo dostać port na konsole. Do internetu trafił nawet fragment rozgrywki, który wydaje się… słaby, no. Co tu dużo mówić – nie widać, że zmieniło się cokolwiek innego oprócz ikonek klawiszy odpowiedzialnych za dane działanie. Niby i możemy liczyć na lekkie odświeżenie grafiki, nowe funkcje i przerobiony interfejs, ale to wciąż będą te same, wiekowe gry. Cytując popularnego mema: „I bardzo k**** dobrze” (traktujcie to półżartem, bo w istocie nie obraziłbym się za remake całej serii).

Oglądając materiał, od razu ruszyłem na Steam, aby raz jeszcze pobrać kultowy Zew Prypeci i zanurzyć się w zajętą przez anomalie, bandytów i pokraczne mutanty Zonę. Nabrałem ochotę nawet na uciekanie przed tymi mendami snorkami. Powrót do klasyki może okazać się moim wybawieniem, gdy skończę tę cholerną przeprowadzkę. W końcu będę mógł w spokoju ponownie zatopić się w którymś z komputerowych światów. Czemu więc nie wybrać najbardziej klimatycznej gry, jaka istnieje?

CZYTAJ RÓWNIEŻ  Kosztuje tylko 150 zł i zawojowała serca graczy na całym świecie. Arc Raiders to istny ewenement

Jeżeli nie graliście w STALKER-a, to nie znacie definicji słowa „klimat”

Z pierwszą częścią cyklu miałem do czynienia jeszcze w 2006 roku (jeżeli mnie pamięć nie myli), gdy jedno z gamingowych czasopism wrzuciło na okładkę najbardziej obrzydliwą twarz, jaką kiedykolwiek widziałem. Dziś może i horrory oglądam do śniadania, a w Outlast gram wyłącznie dla rozrywki, ale kiedyś bałem się dosłownie wszystkiego. W tym tego rozsypującego się żółtego lica z Cienia Czarnobyla. To było dla mnie na tyle przerażające, że gry przez wiele lat nie uruchomiłem.

Wszystko zmieniło się wraz z premierą Czystego Nieba – przez wielu uważaną za najgorszą (ale i tak wybitną) część cyklu. Wtedy dopiero dowiedziałem się, co tak naprawdę oznacza „wolność”, że eksploracja może być przyjemna, a głos Mirosława Utty to gwarant zanurzenia się bez opamiętania w przedstawiony w grze świat. Polacy dostali wyjątkowe wydanie z charakterystycznym lektorem, którego bardzo będzie mi brakować w „dwójce”.

Czyste Niebo to pierwsza fabularna gra, w której przez pierwsze paręnaście godzin prawie wcale nie zajmowałem się głównym wątkiem. Jasne, niektóre zadania trzeba było zrobić, ale nic nie dorówna przyjemności z eksploracji posępnej Zony, wymijania bandytów, przekradania się obok śpiących mutantów czy znalezienia pierwszego karabinu snajperskiego. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie czułem podobnego zewu odkrywania świata – nawet fenomenalny Elden Ring w pewnym momencie wymęczył mnie na tyle, że w końcu musiałem popchnąć wątek główny do przodu. Jest to kuriozalne, bo w STALKERZE tak naprawdę błądziłem bez celu po niewielkiej mapie i wcale się przy tym nie nudziłem.

Wersja na konsole to must-have nie tylko dla fanów klasyki

Potem był Zew Prypeci, na końcu dopiero Cień Czarnobyla. I w końcu… mody. Dużo ich nie testowałem, co jest kolejnym kuriozum, bo jest wiele wspaniałych modyfikacji. Miałem je jednak gdzieś i przez lata wracałem do „surowych” gier – dokładnie tak samo brzydkich i nieoszlifowanych, jakie zapamiętałem. STALKER skłonił mnie do lektury „Pikniku na skraju drogi”, seansu radzieckiego Stalkera Tarkowskiego i pokochania atmosfery opuszczonych i zniszczonych budynków. Po latach magia miała powrócić za sprawą Metro 2033 i choć również uwielbiam tę serię, uważam, że jest zupełnie czymś innym niż pozycja GSC Game World.

CZYTAJ RÓWNIEŻ  Kosztuje tylko 150 zł i zawojowała serca graczy na całym świecie. Arc Raiders to istny ewenement

Oczywiście, że czekam na pełnoprawną kontynuację, ale moje serce zawsze pozostanie przy poprzednich odsłonach. Chyba każdy z nas ma jakąś grę, do której żywi wyjątkowe wspomnienia. Stawiam, że każdy jest w stanie przywołać sobie ten jeden fragment gry, który na zawsze pozostanie gdzieś tam z tyłu głowy. Dla mnie to właśnie początek Czystego Nieba, w którym lawirowałem na skażonych mokradłach, rzucałem śruby i starałem się uciec od przerażających potworów, bo miałem tylko cztery naboje do dwururki.

I właśnie przez takie wspomnienia mogę z całego serca polecić każdemu podejście do STALKER-a, jeżeli tylko będzie miał okazję. I to nawet bez dodatkowych „ulepszaczy”. Zestarzało się sporo – jest koszmarny interfejs i obskurna dziś grafika, ale nie ma innej gry tak trafnie definiującej określenie „klimatyczna”. Reszta graczy może tylko oczekiwać na next-genową „dwójkę”, do której mam sporo wątpliwości – czy deweloperom uda się po tylu latach ponownie oczarować skażonego nostalgią i pięknymi wspomnieniami „dorosłego” mnie? Być może STALKER to seria, której uwielbienie pozostanie w pamięci i też potem będę brzmiał jak jakiś boomer, twierdząc, że „to nie to samo, co kiedyś”. Doprawdy, aż nie poznaję samego siebie.

Drogi Czytelniku! Niektóre odnośniki zawarte w artykułach mają charakter afiliacyjny. Kliknięcie w taki link lub dokonanie za jego pośrednictwem zakupu, nie wiąże się dla Czytelników z żadnymi dodatkowymi kosztami. Pozwala nam natomiast otrzymać prowizję, dzięki której możliwe jest utrzymanie i rozwój pracy Redakcji.

Dziękujemy za wsparcie!
Artur Łokietek
O autorze

Artur Łokietek

Redaktor
Zamknięty w horrorach lat 80. specjalista od seriali, filmów i wszystkiego, co dziwne i niespotykane, acz niekoniecznie udane. Pała szczególnym uwielbieniem do dobrych RPG-ów i wciągających gier akcji. Ekspert od gier z dobrą fabułą, ale i koneser tych z gorszą. W przeszłości miłośnik PlayStation, obecnie skupiający się przede wszystkim na PC i relaksie przy Switchu.

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie