The Last of Us Part I sprzedaje się wybitnie dobrze, nawet o 238% lepiej

Recenzja The Last of Us Part I. Ten remake podzieli graczy

Gra: The Last of Us Part I

Producent: Naughty Dog

Recenowana na: PS5

The Last of Us Part I już w chwili oficjalnego ogłoszenia postawiło sobie za cel coś bardzo trudnego: godziwie odświeżyć jedną z najlepszych gier w historii PlayStation tak, aby sprostała wymaganiom współczesnych graczy, a przy tym nie wkurzyła fanów oryginału. To trudna sztuka, ale kto mógłby podołać temu wyzwaniu, jeśli nie Naughty Dog, prawda?

Przyznam, że początkowo czekałem na ten remake z mocno mieszanymi odczuciami. Z jednej strony The Last of Us jest jedną z moich ulubionych gier i skończyłem ją kilka razy, a z drugiej strony nie czułem, aby była to produkcja potrzebująca gruntownego odświeżenia. W mojej pamięci TLoU wciąż było tytułem ładnym, oferującym przyjemną rozgrywkę i – co chyba najważniejsze – pomimo prawie dekady na karku, po prostu piekielnie dobrym. Po odpaleniu remake’u musiałem jednak zdjąć różowe okulary nostalgii.

Na wstępie rozwieję wszelkie wątpliwości i obalę dziwaczne teorie graczy, które co rusz widuję w mediach społecznościowych: The Last of Us Part I to remake. Nie remaster i nie port – remake. Oznacza to, że Naughty Dog stworzyło grę (oraz dodatek Left Behind) właściwie od podstaw, a oryginalna produkcja z 2013 służyła jedynie za bazę do odtwarzania znanej graczom przygody. Nie jest to więc projekt na wzór Mass Effect Legendary Edition lub Command & Conquer Remastered Collection, a twór bliższy Tony Hawk’s Pro Skater 1 + 2 lub Mafia: Definitive Edition.

Przy pierwszym uruchomieniu The Last of Us Part I poczułem, że przed moimi oczami rozpoczyna się bardzo znajoma historia, a jednak z ekranu buchnął mi w oczy powiew świeżości. Poczułem się jak w domu rodzinnym, w którym ktoś urządził generalny remont-niespodziankę. Pokoje pozostały na swoich miejscach, ale ktoś przemalował do niedawna obdrapane ściany na inny kolor, poprzestawiał meble w salonie i kupił nowy dywan. Niektórzy pewnie woleliby się po prostu przeprowadzić i doświadczyć wielkich (niekoniecznie potrzebnych) zmian, ale ja już na początku zrozumiałem, że twórcy słusznie postanowili budować na cenionych fundamentach.

Co za piękna apokalipsa!

Magicy z Naughty Dog skorzystali z okazji i ponownie pokazali, że robią jedne z najpiękniejszych i najbardziej imponujących wizualnie gier na rynku. Choć w Part I eksplorowałem znajome korytarze i obijałem nieobcych mi przeciwników, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że tytuł ten to jednak zupełnie nowa skóra zawieszona na wciąż solidnym szkielecie… z paroma dodatkowymi kostkami. Oprawa wizualna The Last of Us Part I powala i zaimponuje nawet graczom, którzy znają każdą scenę z gry na pamięć. Ograłem prawie wszystkie najważniejsze tytuły ekskluzywne na PlayStation 5 i chyba w żadnym nie spędziłem tyle czasu w trybie fotograficznym, co w TLoU Part I. To niesamowicie urodziwa gra.

Piękno tkwi tu nie tylko w ostrych jak maczeta teksturach, imponującym oświetleniu i powodującej zawrót głowy ilości szczegółów, na które uwagę zwróci jedynie malutki procent graczy. Jedną z moim zdaniem najistotniejszych i najbardziej odczuwalnych dla osób zaznajomionych z oryginałem nowości są zupełnie nowe animacje twarzy. „Ale co mnie obchodzi to, jak Joelowi drga powieka!” – stwierdzą niektórzy z Was. Ano powinno obchodzić, bo mimika postaci w Part I to istny majstersztyk. To jedyna gra, która sprawiła, że już sam wyraz twarzy wirtualnego bytu ścisnął mnie za gardło. Naughty Dog znów przerosło samo siebie, a David Cage i jego „imołszyns” mogą się schować.

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy Part I jest dużo ładniejsze od Part II, ale miejscami (na przykład przy poziomie szczegółów i animacjach właśnie) zdobywa zauważalną przewagę. Moim skromnym okiem to najładniejsza gra dostępna na PlayStation 5.

CZYTAJ RÓWNIEŻ  PS6 z kontrolerem bez przycisków? Nowy patent Sony

The Last of Us Part I a zmiany w rozgrywce

No dobra, jest pięknie, a jak się w to gra? Cóż, znajomo. Serio, momentami czułem się trochę tak, jakby Naughty Dog podmieniło moją konsolę na DeLoreana i cofnęło mnie do 2013 roku. Bynajmniej nie dlatego, że Part I jest przestarzałe pod względem rozgrywki (bo nie jest), ale po prostu nie ma tu żadnych rewolucyjnych zmian w konstrukcji gameplay’u względem oryginału. Jednych to rozczaruje, inni się ucieszą, a ja nie mam z tym najmniejszego problemu, bo to wciąż solidna designerska robota. Niektórzy gracze sugerowali za to, aby do Part I dorzucić mechaniki z Part II, na przykład możliwość czołgania się, ale tu po prostu by to nie zadziałało. Nie bez całkowitej przebudowy większości lub nawet wszystkich poziomów. Zamiast remake’u zrobiłoby się reimagine, a ci bardziej konserwatywni fani mogliby tego nie przeżyć. Niektórych rzeczy po prostu lepiej nie zmieniać na siłę.

Nie oznacza to jednak, że w The Last of Us Part I gra się dokładnie tak, jak w oryginał. Zmianę silnika czuć od razu chociażby w tym, jak porusza się Joel, model strzelania stał się bardziej satysfakcjonujący, a i sztuczna inteligencja przeciwników jest zauważalnie mądrzejsza. Całkowicie przebudowano również menu wytwarzania przedmiotów i ulepszania broni, do gry zawitał tryb speedrunnerski, nowe przedmioty kosmetyczne do odblokowania, implementacja funkcji DualSense, pewna ciekawa zmiana w SI wrogów (którą pozwolę Wam odkryć samodzielnie), ulepszony tryb fotograficzny i kilka innych ciekawostek. Żadna z tych zmian nie jest ogromna, ale absolutnie nie można powiedzieć, że jest ich mało.

Jest też pewna paczka nowinek, które docenią nieliczni, ale dla wielu graczy będą one niezbędne, aby w ogóle móc poznać tę historię: opcje dostępności. Pozwolą one doświadczyć rozgrywki osobom z niepełnosprawnościami i nie chodzi tu o prościutkie funkcyjki jak możliwość powiększenia napisów, a o całe systemy pokroju pełnej audiodeskrypcji przerywników filmowych, opcję wyświetlania wskaźników kierunku wydawanych przez wrogów dźwięków, przekładanie mowy na wibracje kontrolera… to tylko malutki ułamek wszystkich możliwości – w TLoU Part I jest tego niesamowicie dużo. Naughty Dog, jako jedno z naprawdę niewielu studiów, stara się przesuwać granicę dostępności i docierać do coraz to większej liczby graczy z niepełnosprawnościami, za co deweloperom należą się ogromne brawa. Oby tak dalej!

Nie ma jednak gier idealnych i w tym przypadku nie jest inaczej. Niestety Part I złapało się w pułapkę oryginału i sztuczna inteligencja postaci towarzyszących czasem zachowuje się dziwnie, na przykład przemyka tuż przed nosem przeciwników. Dodatkowo w polskich napisach znajdziemy kilka baboli lub wpadek tłumacza, które (jeśli mnie pamięć nie myli) były też obecne w wersji z 2013 roku. Żadna z tych wad nie psuje jednak zabawy tak bardzo, jak – zdaniem niektórych graczy – sam fakt, że Part I w ogóle powstało.

Ostatni z nas w Cieniu kolosa

Stop, zatrzymajmy się tutaj na drobną dygresję. Zastanawiając się nad tym, jak powinienem właściwie ocenić Part I z uwagi na niewielką skalę zmian w rozgrywce, przypomniałem sobie o remake’u Shadow of the Colossus. To przecież również odświeżenie kultowej gry, które może pochwalić się ogromną ilością zmian w oprawie, ale już mniej imponującymi modyfikacjami założeń rozgrywki. Trzeba też dodać, że Shadow of the Colossus ukazało się na PS2, na PS3 dostało skromny remaster, a na PS4 pełnoprawny remake. The Last of Us ukazało się na PS3, na PS4 pojawił się prosty remaster, a teraz posiadacze PS5 zapoznają się z remake’iem. W obu przypadkach mamy więc jedną generację odstępu między platformą z premierą oryginału i konsolą będącą domem remake’u. Dlaczego więc tylko The Last of Us ma dostawać baty za to, że rzekomo dostało remake zbyt wcześnie?

CZYTAJ RÓWNIEŻ  PS Plus Essential na luty 2026. Znamy pełną ofertę

W obu wymienionych przypadkach mamy do czynienia z niemal bezbłędnymi produkcjami, które składają hołd cenionym grom sprzed lat, a przy tym zachowują pierwotny zamysł rozgrywki. Czy to coś złego? Moim zdaniem nie, bo nie raz i nie dwa widzieliśmy gry, w których nowości wprowadzane na siłę robiły więcej szkody, niż pożytku.

Głośna krytyka graczy wycelowana w sam fakt istnienia The Last of Us Part I wynika z paru czynników, w tym z tego, że w oryginał grało naprawdę wiele osób, które w swoich wspomnieniach wciąż widzą TLoU jako piękną grę, która przecież odświeżenia nie potrzebuje. Też tak myślałem, dopóki nie zobaczyłem pierwszych porównań i sam nie zagrałem w remake. I nikt mi teraz nie wmówi, że oryginał do dziś wygląda świetnie – nie wygląda. No chyba, że w porównaniu do innych gier z epoki PS3. Ale Part I to nowa produkcja – lepsza pod dosłownie każdym względem od swojego pierwowzoru.

The Last of Us Part I to świetny (choć kontrowersyjny) remake wybitnej gry

Do remake’u The Last of Us podchodziłem jak pies do jeża z obawami, że moje zachwyty nad nową grafiką potrwają kilka godzin i tyle z tego będzie. Tak się jednak nie stało i muszę się przeprosić z tym odświeżeniem. Nie dość, że oprawa imponowała mi do samego końca gry, to i gameplay jest dużo przyjemniejszy. Jasne, nie ma tu gigantycznych zmian w fundamentach rozgrywki, ale za to dostaliśmy wiele mniejszych usprawnień i potężną paczkę opcji dostępności, która umożliwi wielu osobom poznanie tej historii po raz pierwszy. Na dokładkę dodam, że w trakcie przejścia gry nie napotkałem żadnego widocznego gołym okiem błędu.

Grając w The Last of Us Part I odniosłem wrażenie, że Naughty Dog postawiło sobie na początku produkcji jasny cel, który wcale nie zakładał znacznego zmienienia lub usilnego ulepszenia przygody z 2013 roku, a dostosowanie jej do dzisiejszych standardów oraz wprowadzenie nieinwazyjnych lub niezbędnych z perspektywy czasu nowości. Nie jest to jednak przypadek Uncharted: Kolekcji Dziedzictwa Złodziei, gdzie ulepszenia można było wpakować w tanią lub nawet darmową aktualizację.

Part I to gra piękna, wciągająca jak przed laty i najzwyczajniej w świecie diabelnie dobra. To bardzo wierny remake, który dla wielu weteranów TLoU może pozornie nie być wart ogrania, ale moim zdaniem nie jest stratą czasu i pieniędzy. Warto było wrócić na postapokaliptyczne pustkowia z Joelem i Ellie przy boku chociażby po to, aby znów doświadczyć znajomych przygód, lecz w lepszym pod każdym względem wydaniu – nie nudziłem się przez nawet przez chwilę. Sam fakt, że historię tę będą mogli poznać kolejni, mniej odporni na przestarzałą oprawę gracze (w tym PeCetowcy) jest w moim mniemaniu świetnym uzasadnieniem dla istnienia tego remake’u.

Drogi Czytelniku! Niektóre odnośniki zawarte w artykułach mają charakter afiliacyjny. Kliknięcie w taki link lub dokonanie za jego pośrednictwem zakupu, nie wiąże się dla Czytelników z żadnymi dodatkowymi kosztami. Pozwala nam natomiast otrzymać prowizję, dzięki której możliwe jest utrzymanie i rozwój pracy Redakcji.

Dziękujemy za wsparcie!

The Last of Us Part I

Nowe szaty emocji

Naughty Dog postawiło wierność oryginałowi na pierwszym miejscu i nie pokusiło się o wprowadzenie ogromnych zmian w rozgrywce. Nie ma co jednak nad tym ubolewać, bo The Last of Us Part I to wciąż wyborna i przepiękna gra, której nie sposób nie polecić.

5

Plusy:

  • Piękna, zapierająca dech grafika
  • Nowe animacje pogłębiają przekazywane emocje
  • Imponujące opcje dostępności
  • Bardzo przyjemna, choć znajoma rozgrywka
  • Pomniejsze nowości, które mogą cieszyć
  • Zaskakująco dobra sztuczna inteligencja wrogów
  • To wciąż jedna z najlepszych opowieści (jeśli nie najlepsza) w katalogu PlayStation

Minusy:

  • Kilka wpadek w polskich napisach
  • SI towarzyszy mogłaby być lepsza
  • Nie każdy zechce płacić za remake tyle, co za nową grę AAA
Jakub Stremler
O autorze

Jakub Stremler

Redaktor
Popkulturowy kombajn lubujący się w literaturze weird fiction, filmowych horrorach, dobrej muzyce i grach wszelkiego rodzaju. Po godzinach studiuje game design i pielęgnuje pasję do sportu.

Podobne artykuły

Zobacz wszystkie